sobota, 6 października 2007

Yi-yi-yi-yi-yi! R-r-r-r-rah-ha!

gdy za kręcenie zabiera się Robert Rodriguez słowo ZOMBIE nabiera zupełnie nowego znaczenia. trup ściele się gęsto, kończyny latają niczym mimochodem rzucone psu frisbee, a na monitorze dominuje karmazynowa barwa krwi i flaków w różnych odcieniach. aż 11 lat musieliśmy czekać na godziwą kontynuację "Od zmierzchu do świtu", w której ilość czarnego humoru i kilogramów gnijącego mięcha byłaby w odpowiednich, powodujących niekiedy odruchy wymiotne proporcjach. i o to chodzi!

Grindhouse - Planet Terror (2007) - nie wiem co Robert pali pisząc scenariusze, ale musi być to naprawdę mocne gówno. i nie chodzi tu wcale o schemat, który jest podobny jak w X innych produkcjach, czyli Waleczni vs. Zombie. na to wpadli już w latach sześćdziesiątych. problem w tym, co zrobić by film bazujący na tej tematyce był świeży i ciekawy. odpowiedź nie jest taka trudna i każdy kto już trochę zaczerpnął twórczości Rodrigueza zapewne wie jaka. dodać szczypty nonsensu, okrasić specyficznym żartem, przyozdobić głęboko zapadającymi w pamięć scenami. na tej płaszczyźnie reżyser sprawdził się wyśmienicie, bo w końcu rzadko zdarza się widzieć kobietę z nogą od stołu wbitą w kikut, czy wyciskające wrzód na twarz potencjalnej ofiary monstrum. tych scen jest multum i tempo nie zwalnia ani na moment. w pewnym momencie się przestraszyłem i w mojej głowie zapaliła się lampka o nazwie Uwe Boll. te 20/30 minut ostrej rzeźni na umarlakach przywołały wspomnienia z House of the Dead, gdzie zgraja 'cytatych' i 'dupatych' lasek lata z różnymi kuriozalnymi giwerami zużywając z miliard pocisków na minutę w dość wymyślny sposób rozwalając czaszki zombie. podanie szlagierowych tytułów pana Romero również byłoby w tym miejscu adekwatne. chodzi mi po prostu o to, że przestraszyłem się, że na strzelaniu się skończy - powiedziałbym wtedy, ot cieszące mordę filmidło i nic więcej. ale, ale. na scenę wkracza pan Tarantino i zaczyna się jeszcze większa uczta absurdu. z trudem mogę się pohamować w nieużyciu żadnej odpowiedniej w tym momencie emotikony. wyobraźcie sobie dłuugi rządek dwukropek z dużym D. widzicie? taka była moja reakcja na sceny w tajnej bazie wojskowej. w szczególności w momencie, gdy Tarantino spuścił spodnie. to trzeba zobaczyć. musiał to po prostu zrobić szybko!

o aspiracjach Rodrigueza bycia kimś z marginesu Hollywood, kimś kto wyróżniałby się na tle innych bajkopisarzy przekonaliśmy się już dawno temu. wyrobił sobie markę, w międzyczasie zarabiając na chleb "Małymi Agentami', czy tam innymi Rekinami 3D. całe szczęście nie padło mu jeszcze do reszty na mózg i po filmach familijnych potwierdził wszelkie chwalące epitety kierowane pod jego osobą w notkach biograficznych.

dobre dopełnienie Deathproof, chociaż to zupełnie inna półka i mimo wszystko, nie ma co zestawiać ze sobą tych dwóch pozycji przy ocenianiu. obydwa mi się podobały, Deathproof jednak bardziej, bo to dobre, taratinowskie kino po prostu, a Planet Terror niekiedy mógł sprawiać wrażenie odgrzewanych zombie-kotletów. sporo zależy też od nastawienia się przed seansem. wątpię, aby ktokolwiek z mojej rodziny bawił się na "Planet Terror" równie udanie jak ja i choćby raz wybuchł gromkim, niewymuszonym śmiechem. wiem, że strasznie cukrzę w tej recenzji, ale ciągle chłonę po obejrzeniu. jutro pewnie mój stosunek do tego filmu będzie odrobinę chłodniejszy. co by nie było - wyśmienita rozrywka. 8/10

a dzisiaj wieczorem w telewizji "Cztery Pokoje". będzie zabawnie.

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

heh, aż nabrałem chęci żeby jeszcze raz wrócić do planet terror, zobaczyć willis'a - zabójcę bin ladena, czy małego rodrigueza ginącego w tak absurdalny sposób, że omal się nie zakrztusiłem ze śmiechu.

więcej takich filmów!

crusia pisze...

Wczoraj obejrzałam Planet Terror ze współlokatorkami i kolegą. Mi się oczywiście bardzo podobało - dawno nie widziałam takiej ostrej jazdy :D Niesamowity był Rodriguez (ten z SFU), nie spodziewałam się, że go zobaczę. Taki malutki, a jakiego hiro zagrał :D Świetna gra konwencją, genialny czarny humor, poziom absurdu przekroczył wszelkie granice - w sam raz na zjazdy :) tylko moja współlokatorka Magda wymiękła już po kilku minutach :D W Toruniu tylko z chłopakami mogę horrory oglądać :D