Lilja-4-ever (2002) okazał się dla mnie - wydawałoby się zahartowanego w boju fana kinematografii różnorakiej - filmem za mocnym. nasycenie bólu jest tu tak duże, że naprawdę ciężko wytrzymać prawie 2 godzinny seans. brakuje mi słów i wątpię bym mógł zmusić się do napisania czegokolwiek sensownego o Lilji.
Gummo (1997) z kolei przyjąłem na siebie jakoś tak beznamiętnie... obejrzałem, siedział w mojej głowie przez czas dość długi i do tej pory wraca niespodziewanie we flashbackach (np. jak widzę kota na ulicy) co bardzo dobrze o nim świadczy ale, o dziwo (co ja się tak dziwię?) jego wewnętrzna interpretacja przeszła gdzieś bokiem prawie niezauważona. masakryczne, jak dobrze skonstruowane, irracjonalne i ekstrawaganckie filmy można tworzyć zachowując zarazem naturalizm, w Gummo to niczym cios młotkiem w głowę serwowany przez beatników w XX wieku i pewnie w jakimś sensie na taki obraz Skrawki były kreowane. jeden z najbardziej ciekawie zrobionych filmów lat 90 i naprawdę warto (o ile ktokolwiek jeszcze zagląda na tego bloga) go obejrzeć. wstrząsający (który raz ja już to piszę?) urzekający, piękny w swej brzydocie.
Hańba (J. M. Coetzee) - hańba przez duże H trącąca ohydnym posmakiem rodem z harlekinowskich szmatławców. może i sama fabuła przeszłaby jakoś w tłoku, ale największa wada książki och-ach afrykańskiego pisarza to po prostu, że jest ŹLE NAPISANA. opis romansu (groteskowego do bólu) czy gwałtu i napadu (e, że co?) potraktowany jest jak kupno masła z supermarketu, a dodawane makaronizmy pogrążają całość w kiczu i żałości. dawno nie czytałem tak słabej i dennej książki.PS [dopisany tak dla siebie w sumie...]
2 komentarze:
jeżeli nikt nie komentuje, nie znaczy, że nikt nie czyta. Ja czytam Chcesz tylko powielać schematy zwykłego recenzowania?
To ja napisałam.
Prześlij komentarz