Stephanie Daley (2006) - granica pomiędzy patosem a groteską bywa czasami naprawdę niewielka, w szczególności jeżeli chodzi o przenoszenie na ekran problemów aborcji, seksu nastolatek i tym podobnych spraw. nierzadko zażenowany oglądaniem gównianych produkcji klasy B z serii 'z życia wzięte' puszczanych na TVN przełączałem na coś mniej 'emocjonalnego inaczej' przytłoczony niezwykłym brakiem realizmu przeradzającym się momentami w kiczowate jęki niedowartościowanych reżyserów pragnących znaleźć odbiorców wśród kur domowych i samotnych matek. pieprzyć takie obrazy. tym wszystkim pseudo-artystom dałbym dobrą radę - obejrzyjcie sobie Stephanie Daley i nauczcie się jak opowiadać o rzeczach mocnych w sposób stonowany i delikatny, przyspieszając tylko na moment.dostajemy strzępek historii, kadr pokazuje nam idącą po śniegu dziewczynę zostawiającą krwawe ślady - nic tak naprawdę nie zostaje powiedziane wprost. we flashbackach widzimy przebieg tragedii, która dotyka szesnastolatki - nie może odnaleźć się w świecie rówieśników, za wszelką cenę pragnie coś udowodnić i 'wpada'. dziecko rodzi się niespodziewanie na obozie narciarskim. rodzi się by po chwili umrzeć. o wszystkim tym opowiada sama Stephanie w rozmowach z pani psycholog, która ma określić prokuraturze swoją opinię o młodej ex-matce. zastosowanie flashbacków idealnie więc tu pasuje, co chwila krzyżują się czasy obecne z tymi z przeszłości i widz od razu akceptuje taki zabieg. najlepszą sceną jest scena w ubikacji - konfrontowana z chłodnym wzorkiem i stylem opowiadania Stephanie jest czymś naprawdę wstrząsającym i poczułem się nią szczerze dotknięty. nie było w niej choćby odrobiny przerysowania, czy agresji. jedynie niewysłowione uczucia i emocje bohaterki...
Stephanie Daley wydawałoby się, że jest filmem o Stephanie Daley. a wcale, że nie! dla mnie, nie wiem czy jest to wrażenie właściwie, główną bohaterką jest psycholog Lydie Crane grana przez Tildę Swinton (wyśmienita rola). cała nieszczęśliwa przygoda matki-narciarki to tło dla wewnętrznych problemów Lydie. głębia tych problemów jest naprawdę ujmująca, bo tak naprawdę wszystko pozostaje w domysłach... czy ona także jest morderczynią noworodka, straciła przecież swoje poprzednie dziecko. morderczynią, ale w inny sposób. narodzony płód był martwy, ale te 'złe wibracje' o których jest mowa i ostatni dialog ze Stephanie, w którym pada kwestia "Wiedziałam, że chciała żyć, ale... tak być nie mogło, więc jej powiedziałam... żeby umarła. I umarła. Zabiłam ją siłą woli" na co Lydie odpowiada proste, krótkie "Dziękuję", coś przecież znaczą. czy zrozumiała coś? czy rozwiały się jej wątpliwości, czy chce to kolejne dziecko, które nosi w sobie, czy zrozumiała, że nie potrzebuje już męża i może doskonale poradzić sobie sama? jak potoczą się jej dalsze losy...
dobry film to taki, który zmusza do myślenia. "Stephanie Daley" bez wątpienia jest takim filmem. jest w nim coś szczególnego, coś co ciężko wyrazić słowami. zastosowanie głośnej muzyki w niektórych scenach, kunsztowna gra aktorska, wszystko to się zazębia i daje poruszający dramat wybijający się na tle dziesiątek innych badziewi.
polecam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz